Luty 25, 2016

Rachunek sumienia. Dlaczego nie pisałem cztery lata

Z tego wpisu dowiesz się:
- Jaki byłem nieogarnięty
- Ile straciłem przez ostatnie 4 lata
- Dlaczego powróciłem do pisania bloga
- Co chcę osiągnąć w ciągu najbliższych 6 miesięcy

Miało być tak pięknie

Nauczyłem się pisać na studiach. Mam tu na myśli pisanie z sensem i w miarę poprawną polszczyzną. Zawodowo. Od pierwszego roku studiów na dziennikarstwie muzycznym we Wrocławiu, zarabiałem operując słowem. Skończyło się tym, że trzyletnie studia licencjackie robiłem cztery lata. Bo zamiast pojawiać się na wykładach, całymi dniami przesiadywałem w redakcji dziennika Polska The Times.

MIC6345-2
Tak, ten gość na zdjęciu to ja w wieku 20 lat 🙂 Byłem wtedy lotnem chłopcem biegającym od klubu do klubu, z koncertu na koncert. I jako młody narybek polskiego dziennikarstwa, regularnie dowoziłem do redakcji relacje z wrocławskich imprez. Zadurzyłem się w pisaniu. Uzależniłem się od dźwięku klawiatury. Te charakterystyczne stuku-puku. Klikanie. Uderzanie w spację. Mogłem wtedy spędzić 10 godzin na mieście, wrócić do domu urąbany po całonocnym melanżu, położyć się na 3 godziny, a do południa następnego dnia oddawałem gotowy tekst wydawcy gazety.

Po roku rzuciłem pracę w prasie, żeby spróbować sił w stacji radiowej. Krótki epizod z Radiem Wrocław sprawił, że szybko nabrałem ochoty na telewizję. Wysłałem więc CV do lokalnej telewizji w moim rodzinnym mieście… i dostałem angaż po pierwszej rozmowie.

Wyszło jak zwykle

Rozwijałem warsztat, kręciłem afery, kwasiłem na lokalnych polityków. Ot co – pasja stawała się rutyną dnia codziennego. Obejrzyjcie sobie załączony materiał (niestety nie mam nic w lepszej jakości). Dzisiaj się z tego śmieję, ale kiedyś to była misja życia 🙂

 

Sami przyznacie, że fazowe nagranie 😉

Mniej więcej w tym samym czasie, w sieci zaczęły kiełkować pierwsze blogi. Początkowo, większość z nich przypominało pamiętniki. Mało kto potrafił wtedy zdefiniować kim tak naprawdę jest bloger. Swój pierwszy blog założyłem w wieku 24 lat. Długo zastanawiałem się jak go nazwać. W końcu pomysł podsunęła mi moja ówczesna dziewczyna (także dziennikarka). Blog otrzymał nazwę dokładnie taką jak dziś – „Najwer Codziennie”.

Pisałem o wszystkim. Nie przebierałem w słowach. Po szczeniacku rzucałem mięsem na lewo i prawo. Popisywałem się językiem i wariacką składnią. Byłem złośliwy, wulgarny, cięty, nieprzeciętny i odważny. Blog stał się na tyle – nazwijmy to – opiniotwórczy w lokalnym środowisku, że gdy skrytykowałem jedzenie w restauracji miejskiego Domu Kultury, osobiście zadzwoniła do mnie dyrektor ośrodka z żądaniem usunięcia wpisu. Do tego czasu tekst przeczytało kilka tysięcy osób. Po kilku podobnych sytuacjach poszedłem za ciosem i zacząłem nagrywać videobloga.

Nie minęło kilka miesięcy, a lokalna społeczność rozpoznawała mnie na ulicy. Niektórzy kojarzyli moją twarz z telewizji, a inni z YouTube’a. W knajpach słyszałem jak ludzie plotkują o mnie za plecami, a starsze panie w kolejkach sklepowych ustępowały mi miejsca, bo „to ten miły pan z telewizji” 🙂 Nie będę kłamał – zachłysnąłem się miejskim fejmem. Cała ta werwa spadła mniej więcej po roku. Wziąłem się za inne tematy. Założyłem firmę, wydałem własną książkę pt. „My, Pokolenie Hip-Hopu”. A do bloga siadałem już coraz rzadziej. Na tyle rzadko, że kiedy pewnego dnia przyszło do opłacenia domeny najwer.com, powiedziałem sobie „aaa jebać to!”. I wywaliłem blog do kosza. Jak bardzo głupi byłem, dotarło do mnie po kilku miesiącach, gdy w banku domen adres najwer.com kosztował – bagatela – prawie 11 000 złotych. I do dziś tyle kosztuje (patrz: zrzut ekranu poniżej). Cenę za domenę z moim nazwiskiem wywindowały pewnie wysokie statystyki, jakie nabiłem w czasie jej użytkowania.

Screen Shot 2016-02-15 at 19.43.08 Swoją drogą, to dziwne uczucie, kiedy na twoim nazwisku ktoś zarobi hajs, a ty nie możesz nic zrobić. Tym sposobem pozbyłem się za darmo mojej pierwszej osobistej marki.

Nigdy się nie poddawaj

Przez następne 4 lata – aż do dziś – rozwijałem się co prawda zawodowo, ogarniałem różne projekty, ale szło mi to jak krew z nosa. Sukcesywnie, ale wolno. I wiecie co? Nie było dnia, żebym choć raz nie pomyślał o pisaniu bloga. O wyrażaniu siebie, o pisaniu do Was (niezależnie ilu Was jest), o budowaniu swojego nazwiska. O szczerej wymianie myśli, o dzieleniu się pozytywnymi wydarzeniami z mojego życia. O słuchaniu opowieści wielu z Was. Paradoksalnie to jest coś, czego mi zajebiście brakowało, ale mimo to nic z tym nie robiłem. Przez ten czas rzuciły mnie dwie kobiety. Szczegóły zostawię dla siebie. To ta sfera mojej prywatności, do której nie chcę nikogo wpuszczać. Bądź co bądź, każde rozstanie przeżyłem. Może nie daję po sobie tego poznać, ale szybko przyzwyczajam się do ludzi.

Kiedy 1,5 roku temu sypnął mi się drugi związek, poczułem tak wielką wściekłość, że przyrzekłem sobie już nigdy, ale to nigdy się nie poddać! Na dowód tego, wytatuowałem sobie nawet banalny, angielski slogan „Never give up” na bicepsie. Żebym za każdym razem, gdy spojrzę w lustro, pamiętał co sobie przyrzekłem. A żeby pozornie tylko głupawe hasło nie wyglądało głupawo – zadałem sobie kilka tygodni trudu, żeby znaleźć odpowiedniego tatuażystę. Tak trafiłem na człowieka, który w 2015 roku zajął I i III miejsce na podium ogólnopolskiego konwentu tatuażu organizowanego we Wrocławiu. Umówiłem się na dziaranie, zrobiłem tatuaż i wtedy zaczęła się zmiana. Poważna, radykalna zmiana mojego życia na lepsze.

Niech pierwsze pół roku pokaże czy się nadaję

Zmiany rozpocząłem od zakończenia wszystkich tematów, których nie czułem sercem. Zamknąłem firmę, rzuciłem też pracę w Wirtualnej Polsce oraz wymiksowałem się z innych projektów kradnących mój czas, a nie przynoszących ogromnej satysfakcji. Jako samouk, przestudiowałem kilka książek o organizowaniu sobie czasu pracy i samodyscyplinie. A to po to, aby nauczyć się skupiać na rzeczach naprawdę istotnych. W międzyczasie, szczęśliwie znalazłem pracę w branży IT jako manager, gdzie rozwijam globalne narzędzie dla dużych wytwórni muzycznych. Coraz płynniej rozmawiam po angielsku. Coraz lepiej organizuję sobie czas pracy. Coraz rzadziej marnuję cenne godziny na pierdoły. Czuję się coraz lepiej. I nawet wyglądam lepiej 😉

W listopadzie 2015 roku podjąłem decyzję, że w ciągu kilku miesięcy znów uruchomię blog. Ale w przeciwieństwie do pierwszej próby – nie zrobię tego na wariackich papierach, bez pomysłu i ogarnięcia tematu. Tym razem, Moi Drodzy, pójdę kurwa po swoje! Stworzę konkretny, szczegółowy plan na pierwsze pół roku prowadzenia strony. Przygotuję wcześniej listę tematów, w razie gdyby brakło mi pomysłów. Odłożę fundusze na domenę, serwer, szablon strony i nieprzewidziane koszty. Następnie ustalę datę startu. A gdy już to zrobię – zacznę długą, ciężką harówę (poza pracą na etacie), żeby dowieźć sobie i Wam wszystko, co zaplanowałem wcześniej. Jak postanowiłem, tak zrobiłem:

  • Przemyślałem o czym chcę pisać, czyli co jest bliskie memu sercu.
  • Stworzyłem w Excelu listę 150 tematów (zapas na dwa lata!).
  • Spisałem plan działań na 6 miesięcy.
  • Odłożyłem fundusze.
  • Kupiłem domenę, styl strony i serwer.
  • Zaprojektowałem logo.
  • Zbudowałem szkielet bloga.
  • Postawiłem stronę na serwerze…
  • …i zacząłem pisać!

Część z Was pamięta, że wielokrotnie robiłem podejścia do ponownego blogowania. Niestety często z mizernym skutkiem. Brakowało mi samozaparcia i dyscypliny. Muszę tutaj przyznać (bo czuję to wewnętrznie), że dziś jestem bogatszy o doświadczenia, dzięki którym tym razem się uda. Jeśli tylko nie popełnię tych samych błędów, spełnię swoje największe marzenie sprzed 10 lat. Marzenie o tym, że czyta mnie więcej osób niż tylko garstka kumpli z dawnego podwórka (aczkolwiek bliscy znajomi zawsze będą moimi najważniejszymi czytelnikami!). O czym teraz marzę?

  • Za 6 miesięcy od teraz chcę mieć 1 000 stałych czytelników bloga. Takich czytelników, którzy kumają pozytywny przekaz, inspirują siebie i potrafią inspirować innych. Marzę o inspirującej wymianie myśli w komentarzach. Bez chamstwa, za to z polotem!
  • Za 6 miesięcy od teraz chce być pewny, że moja praca tutaj ma sens. I że moje wpisy są czymś więcej niż tylko papką poskładaną na klawiaturze.
  • Za 6 miesięcy od teraz chcę Wam pokazać jak bardzo zmieniło się moje życie dzięki prowadzeniu bloga. Czyli dzięki robieniu czegoś, do czego czuje ogromną, ale to zajebiście ogromną pasję!
  • Za 6 miesięcy od teraz będę rewelacyjnie mówił po angielsku. To marzenie nie jest co prawda związane z blogiem, ale zawsze chciałem mieć tego skilla 😉

Aż w końcu, za 6 miesięcy od teraz chce wiedzieć, że chociaż jedna – wystarczy jedna! – osoba czytająca mojego bloga zmieniła coś w swoim życiu na lepsze. Tak jak ja zmieniam swoje życie teraz. Życzę Tobie, Drogi Czytelniku, wytrwałości w realizacji swoich marzeń. A vice versa – Ty też trzymaj za mnie kciuki! 🙂

#najwer