Sierpień 2, 2017

Dlaczego wkurwiają mnie leniwi

Na wstępie zaznaczę, że ten tekst jest wulgarny. Nie boję się ani tego słowa, ani tej podwórkowej konwencji, ponieważ chcę nazywać rzeczy po imieniu. Trzymając się konwenansów, napisałbym pewnie, że „jestem zdenerwowany” lub „czuję się zdegustowany”. Ale nie! Ja jestem zwyczajnie, po ludzku, wkurwiony! Wyjaśniam dlaczego.

Wkurwiają mnie nieroby. Leniwi ludzie, dla których pieprzone 500+ to dar z rządowych niebios, za które będą mogli opierdalać się jeszcze bardziej. Wkurwiają mnie grubasy, którzy pierdolą o dietach cud, zaglądając do lodówki o 4 nad ranem, żeby ojebać salceson z Piotra i Pawła w promocji za 13 zł od kilo. Wkurwiają mnie napastliwi twórcy najlepszych wymówek, zwłaszcza jak idzie o ich życiowe niepowodzenia. To ci sami, dla których zwroty w rodzaju „jutro”, „zaraz”, „potem”, „wkrótce” występują w słowniku częściej niż „masturbacja”, „kolacja” i „libacja”. Nienawidzę narzekania bez podejmowania akcji. Akcji bez reakcji. Pamiętam jak w liceum miałem pewien poważny problem z samym sobą. Otóż, miałem zajebisty trądzik.

Trądzik tak skurwysyńsko uciążliwy, że do szkoły chciałem chodzić kanałami. Pomijam już, że śmiali się ze mnie kumple, ale wyobraź sobie gostka wchodzącego w dorosłość, który z powodu wyglądu osranego ropą szczura nie był w stanie poderwać żadnej dziewczyny. Gdy przyciskałem palcem jedną stronę twarzy, fala ropna wyłaziła z drugiej mańki. Moja dermatolog przepisała mi wtedy jeden z najsilniejszych leków doustnych na świecie. Pal licho, że moi rodzice doili wtedy na wszystkie zmiany, żeby móc opłacić mi leczenie, bo to nie wszystko. Co dwa tygodnie badanie krwi, a raz w miesiącu wizyta u psychologa. Leki tak silne wymagają bowiem bardzo dokładnej obserwacji lekarskiej, bo odbijają się także na psyche. Przeżyłem, wyszedłem z tego, zostały blizny. A wraz z bliznami idzie doświadczenie.

Na kilka lat musiałem zrezygnować z życia, jakie prowadzili moi rówieśnicy. Wiecie: imprezki, melanże, romantyczne spotkania z dziewczynami na polanie za miastem. Za bardzo się wstydziłem twarzy dzwonnika z Notre Dame. Ale już po wszystkim wyciągnąłem naukę. Lekcję tak ważną, że pamiętam o niej do dziś, podejmując ważne wybory w życiu. Byłoby prościej, gdybym napisał wprost co mam na myśli, ale jako czytelnik potrzebujesz jeszcze jednego kontekstu.

W zeszłym roku, czyli 12 lat od wydarzeń z liceum, złapałem poważną kontuzję na siłowni. Rwa kulszowa, przepuklina, jak zwał tak zwał. Ogólnie, nie mogłem chodzić. Po raz pierwszy poczułem się jak kaleka. Osoba zależna od innych ludzi, którzy zechcą pomóc ci usiąść w tramwaju, ustąpią miejsca, podniosą opuszczony portfel etc. Wierz mi, to przejebane uczucie! Sam nie wiem jak, ale zachowałem ciągłość pracy, obyło się bez operacji i – co najważniejsze – nie srałem pod siebie, co przepowiadał mi już na pierwszej wizycie lekarz internista. Po kilku tygodniach na prochach lekarskich, zakasałem rękawy i każdego dnia zapierdalałem na rehabilitacje. Niezależnie od pogody ducha oraz pogody za oknem. I dawałem z siebie wszystko. Nie, sorry, dawałem z siebie więcej niż pieprzone „wszystko”. Tak bardzo tęskniłem za dniem bez tego kurewskiego kalectwa, że uświadomiłem sobie jedną, ważną, ale to zajebiście ważną rzecz.

Nikt za ciebie tego, kurwa, nie zrobi! Nikt ci pomoże wyjść z nałogu lub opresji. Nikt ci nie pomoże podnieść się z kolan, bo to są twoje pieprzone kolana. I twój pieprzony interes, żeby twardo stąpać po ziemi. Owszem, rodzina, przyjaciele i znajomy wspierali mnie słowem. Ale na tym koniec. Rozumiesz? Koniec! A gdy wracam pamięcią do czasów liceum, wspominając krosty na mordzie wielkości Wysp Kanaryjskich, to widzę potwierdzenie reguły. Wtedy także nikt inny nie był w stanie mi pomóc. Mentalnie. Bo poza przyjmowaniem lekarstw cała reszta walki odbywała się w mojej głowie.

Powtórzę po stokroć rzecz banalną jak weselne disco polo. Niezależnie od tego gdzie mieszkasz, co robisz i z jakimi problemami ścierasz się od zmierzchu do świtu, najtrudniejsza walka w życiu… to walka z samym sobą. Wierz mi lub hejtuj mnie na forum, ale jeśli wygrasz tę walkę, to tak, jakbyś wygrał życie. Nie ma nic piękniejszego od świadomości, że w domowym zaciszu – kiedy nikt nie widzi jak walczysz – Ty wygrywasz tę batalię o siebie, swoje ambicje, o swoje cele, o swój pieprzony raj na ziemi.

I wiesz co? Tego Ci życzę, kurwa, z całego serca!

#najwer